Poprzednia przekąska bardzo Wam się spodobała dlatego postanowiłam pokazać Wam coś co na stałe gości w moim repertuarze jako przystawka. Przygotowanie jej nie jest ani skomplikowane, ani czasochłonne, a do tego nie wymaga wielu składników. Czego chcieć więcej? 🙂

Mowa o makaronowym muszlach nadziewanych w tym przypadku białym serem i suszonymi pomidorami. Chociaż podawanie przepisu na takie proste danie brzmi dość śmiesznie, ale pewnie niejednej osobie przyda się jako inspiracja.

Muszle makaronowe nadziewane suszonymi pomidorami
Składniki:
pół opakowania muszli makaronowych
słoik suszonych pomidorów (ok 170g po odsączeniu)
2 kostki sera białego (po 250g)
przyprawy

Przygotowanie:
1. Makaron ugotować według instrukcji na opakowaniu.
2. Twaróg rozdrobnić widelcem, a następnie dodać pokrojone pomidory.
3. W razie potrzeby dodać jogurt naturalny, żeby konsystencja była jednolita.
4. Przyprawić do smaku.
5. Nakładać masę do ostudzonych muszli makaronowych.

Tak jak wspominałam wcześniej nie ma w tym żadnej filozofii. Mnie najbardziej przypadło do gustu to połączenie. Smakowało mi również nadzienie z rukolą w środku. Trzeba na własnej skórze wypróbować, która kombinacja jest dla nas najlepsza.

Jeśli szukacie pomysłów na zdrowe przekąski to zapraszam do tych wpisów:
rollsy z wędzonym łososiem
domowe krakersy
zdrowe przekąski do 150 kalorii
hummus- pasta z ciecierzycy
– warzywa z tzatzikami

Beata Pawlikowska Blondynka na Orinoko

Dziś za oknem dość brzydka pogoda, więc chyba postawię na czytanie 🙂 W zeszłym tygodniu udało mi się dostać parę interesujących książek z biblioteki, więc będzie w czym wybierać! Ostatnio wpadła mi w ręce książka z serii „Blondynka…” Pawlikowskiej. Nie jestem jakąś wielką miłośniczką podróżniczych książek, chociaż Martynę Wojciechowską słucham z zaciekawieniem. Kupiłam tom „Blondynka na Orinoko” i powiem szczerze, że jestem zachwycona!

W pierwszym momencie to zdjęcia przykuwają wzrok. Myślałam, że to dzieła profesjonalistów z National Geographic. Ku memu zaskoczeniu w trakcie lektury okazało się, że pani Beata samodzielnie przebyła całą drogę i wszystkie fotografie są jej autorstwa. Zmierza do określonego przez siebie celu z plecakiem i Canonem z dużym obiektywem pod pachą.

Dla mnie to książka nie tylko podróżnicza, ale również pełna odwagi. Bardzo przyjemnie czyta się ją siedząc na kanapie, w ciepłym i bezpiecznym miejscu. Jednak jak na moment próbujesz wczuć się w sytuację autorki to mózg zaczyna od razu stosować mechanizmy obronne. Gdy na pierwszych stronach przeczytałam, że pani Beata poleciała na 2 miesiące w nieznane bez określonego planu to włos zjeżył mi się na głowie! Bo planem według mnie nie można nazwać tego, że chce się przemieścić z punktu A do punktu B w bliżej nieokreślony sposób! Nocuje w wioskach, w których nie ma nawet sklepu, wszyscy wiedzą, że nosi cały swój dobytek w plecaku, a mimo to, czytamy, że ona nie boi się. Wierzy w ludzi i przeznaczenie. Z jednej strony dla racjonalnego człowieka to lekkomyślność, a z drugiej ogromna odwaga.

Książkę czyta się bardzo szybko i byłam mocno rozczarowana, gdy w tak krótkim czasie dotarłam do jej końca. Z wielką chęcią przeczytam więcej książek z tego cyklu o samotnych wyprawach pani Beaty.

A Wy lubicie tego typu książki?

Pozdrawiam gorąco
a podpis

 

 

Follow

zBLOGowani.pl

 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...