W sobotni poranek podszedł do mnie mąż i zapytał, czy skończyłam swój poranny rytuał. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem nie mając pojęcia, o czym on mówi. Po chwili wyjaśnień zorientowałam się o co mu dokładnie chodzi. Nigdy jednak nie postrzegałam tego w kategorii „porannego rytuału”. Dopiero po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że on naprawdę istnieje w moim przypadku. Stanowi on dla mnie dobry początek dnia, pewien stały element poranka. Mimo małych zmian od czasu do czasu wygląda on tak samo od nie wiem jak długiego czasu:

1. Śniadanie – niezmienny punkt składowy porannego rytuału. Bez niego nie ruszę się z domu. Lubię celebrować czas śniadania w spokoju i w ten sposób rozbudzam się na dobre.

2. Kawa – bez niej ani rusz! Najbardziej lubię taką smakową zaparzaną w kawiarce. Uwielbiam jak przygotowując śniadanie czuję zapach świeżo zmielonej i parzonej kawy. Do śniadania na słodko idealnie pasują kawy smakowe (moimi faworytami na chwilę obecną są wanilia-czekolada i banan).

3. Laptop – (chociaż to pewnie złe przyzwyczajenie) zaczynam od szybkiego przejrzenia skrzynki mailowej. A następnie przechodzę do gwoździa programu. Delektuję się moim pysznym śniadaniem i aromatyczną kawą oglądając ulubiony serial.

kawa2Mąż często się dziwi, jak ja mogę wstać 40 minut wcześniej tylko po to, żeby w spokoju zjeść, wypić kawę i pooglądać serial skoro mogę obejrzeć go po pracy. A i owszem, mogę. Ale nie ma to już takiego uroku. Rano w ciszy mogę dobudzić się przy starych odcinkach Przyjaciół, czy innego serialu. W ten sposób wprawiam się od razu w dobry humor. Pyszne jedzenie, kawa i dawka humoru lub pozytywnych emocji z rana jest super zastrzykiem energii rano.

Odkąd mamy Bruna poranny rytuał musiał ulec troszkę zmianie, ze względu na to, że teraz dobudza mnie zimny nos i delikatnie powarkiwanie, że już czas najwyższy wstawać i wyjść na spacer. A w sumie to nie mnie budzi, tylko męża. Ten już znalazł sposób na tego rannego ptaszka i zakrywa głowę poduszką i otula się szczelnie kołdrą uniemożliwiając psiakowi dostęp do skrawka ciała. Wtedy następuje zmasowany „atak” na jedynego potencjalnego wyprowadzacza i już nie ma mocnych, trzeba wstawać. Po 30 minutowej przechadzce z rana nie potrzebuję już nawet kawy, bo jestem całkowicie obudzona. Mimo wszystko kontynuuję mój poranny rytuał z wielką radością. Jedyna różnica to to, że w ramach podziękowania Bruno układa się do dalszego snu na moich stopach ogrzewając je, zmarznięte po porannym spacerze.

A Wy też macie jakieś swoje poranne nawyki?
a podpis

 

 

Follow

zBLOGowani.pl